
Zjedliśmy obiad w dobrych humorach. A ja lubię patrzeć jak jesz.
Poszliśmy na górę do mojego pokoju, położyliśmy się na łóżku.
Zasnęłam z głową na Twoim boku.
Takie chwile... lubię je :)
Pan kos.
Patrząc na mnie, zabereconą i zaszalikowaną, jednym okiem przesiadł się z modrzewia na płot. Rzucił w przestrzeń kilka kosowych pytajników. Przesiadł się znowu, tym razem na rajską jabłonkę. Wyszukał sobie ostały owoc, który podda się jego żółtemu dziobowi. Udało mu się zerwać ów. Przefrunął na chodnik metr ode mnie. Zaczął się pożywiać.
Uśmiechnęłam się do niego i życzyłam mu smacznego.
Siedzę w tym moim pokoju o morelowych ścianach, gdzie na ścianie zobaczyć można aniołki i wyszywane postaci, gdzie na półkach wciąz urzędują pluszowe parodie dzikich i mniej dzikich zwierząt. Siedzę sobie ja, 23-letnie dziecko, i nie wyobrażam sobie, że za miesiąc wyląduję na piątym roku studiów, zacznę prowadzić już teraz na poważnie badania w labie nad ukochaną E. coli i jej piliami/fimbriami, a następnie sporządzę z tego pracę magisterską. Co gorsza, nie widzę siebie za mniej niż 12 miesięcy (jak dobrze pójdzie), próbującej znaleźć dla siebie niszę na łonie tego potworka zwanego rynkiem pracy. Smiechu warte były moje poczynania zmierzające do znalezienia sobie pracy na sierpień - koniec końców poza lipcowymi praktykami wakacje spędzam na obijaniu się.
Skąd te - bądź co bądź, przewidywalne, powtarzalne i tendencyjne, refleksje? Kilka słów usłyszanych ostatnio przyczyniło się do opóźnionej fali o małym natężeniu. Fala gorąca plus szybka wędrówka wnętrzności w brzuchu, jakby naraz wszystkie bebechy chciały przypomnieć o swoim istnieniu. Jak w szkole, gdy dowiadujesz się, że nauczyciel zamierza sprawdzać pracę domową, o której zapomniałeś.
Refleksje skończyły się konkluzją, iż gdyby mnie zostawić w tej chwili samą rzeczone 23-letnie dziecko prawdopodobnie siadłoby na chodniku i rozpłakało się. Bo dzieci tak mają, że są niedojrzałe i nieprzystosowane do dorosłego życia.
Haha.